Z rana śliczne słońce a jazda taka delikatna, żeby wyczuć jak jestestwo zniosło wczorajsze :/ Chyba ok :) Powrót paniczny bo za drzwiami zaczęło kropić, więc uciekałem ze Śródmieścia i się udało - wróciłem na sucho :D
W czwartek powstał plan, który skrystalizował się w piątek. Zawiązała się również grupa chętnych która na miejsce zbiórki w niedzielę o 6:30 stawiła się w okrojonym (słownie trzech) stanie ;) Pierwsze 65km pod wiatr ale ochoczo to łyknęliśmy rześkimi zmianami. Fajnie się sunęło po szerokim poboczu. Po skręcie na Warkę droga malowniczo zaczęła się fałdować a wiatr mniej przeszkadzać. Dojeżdżając do Warki mogłem myśleć tylko o kanapce z wędliną i pomidorem ;) Na rynku w Warce uraczyłem się hotd-ogiem, który podniósł morale upadłe nieznacznie po analizie mapy wykazującej spory kawałek do domu :/ Droga do Góry Kalwarii też pofałdowana ale bez pobocza. Ruch samochodowy nieduży więc raczej sobie nie przeszkadzaliśmy ;) W Górze widząc sznur wozów ciągnących na W-wę odbiliśmy na Konstancin. Po prawej malownicza dolina Wisły. W Kostancinie zignorowaliśmy objazdy i dobrze bo mieliśmy dla siebie całą, nowiutką, jezdnie nowej drogi ;) W Powsinie wbiliśmy się na najstarszą znaną mi ścieżkę rowerową i lawirując w tłumie różnej maści rowerzystów/tek dotarliśmy do domów a konkretnie do dużego pokoju na kanapę ;D Tak to się prezentuje:
Rozstając się kolejno stwierdzaliśmy że przesadziliśmy - musiałem to napisać żeby został ślad przed następnym ambitnym planem ;) Do wieczora tylko jadłem, piłem i byłem spokojny ;)
Wieczorem w czwartek się poleniłem i zmianę dętki oraz nowego łańcucha załatwiłem rankiem. I to był jedyny pozytywny akcent tego dnia ;/ Jadąc ścieżką na Puławskiej znów złapałem gumę. Oczywiście miałem zapas ale po zmianie urwał się w niej wentyl kurrrrrrrrrrr... Przemaszerowałem więc 4km przez różna uliczki ... W robocie Kolega mnie poratował i udało mi się powrócić do domu. Ale jechałem ostrożniutko bo podręczną pompeczką do 7barów nie nadymam ...
Powrót na sucho. Ale za to z dziurą w dętce - lipa. Rano nie dopompowałem tylnego koła i złapałem snake'a. Na szczęście na tyle nie dużego że dopompowując 3 razy dojechałem do domu ...
Korzystając z fajnej pogody i "wolego" wieczoru, ruszyliśmy z kolegami na tylko z grubsza zaplanowane nocne wałęsanie się po W-wie. Zaczęliśmy po 20 spod GalMoku, dalej na Siekierki i Pragę. Ślad wygląda tak:
Ślad prowadził przy Powiślu gdzie spragnieni się zaspokoiliśmy ;) Później jeszcze około 23 błąkaliśmy się po Mokotowie szukając suszarni ale bezskutecznie niestety. Wieczorne Warszawskie asfalty są niezwykle miłe w użytkowaniu - bardzo fajna jazda :)
Poniosło mnie dziś na ścieżkę przy torach ale nie było to dobre "poniesienie" ;) Zapomniałem do ostatnich deszczach i troszeczkę się uświniłem :/ Niestety potwierdziły się moje niepokoje dotyczące budowniczych wiaduktu nad torami - ogrodzili się i zamknęli bramę. Musiałem przebijać się przez jakieś fortyfikacje przemysłowe, na szczęście psy były zamknięte ;)
Od kilkunastu już lat jestem poważnie zainfekowany ostrą cyklozą. Jeżdżę codziennie do roboty, okazjonalnie w weekendy. Mam epizody maratońskie (Mazovia MTB, Bikemaraton) i kilka rowerów. Udzielam się na stronach: www.team29er.pl i www.fatbike.com.pl.
Na bieżąco moje aktywności widać tu: https://www.strava.com/athletes/5079042